„Wybór” – opowiadanie z uniwersum Zaprzysiężonych

Błyskawica przecięła czarne niebo, oświetlając budynki i niemal opustoszałe ulice. Rzęsisty deszcz padał już od ponad godziny i wyglądało, jakby ulewa miała się nigdy nie skończyć. Obok mnie przejechała właśnie ciężarówka zapakowana po brzegi świątecznymi drzewkami: świerkami oraz sosnami, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci oraz świeżej żywicy. Wyjąłem papierosa i odpaliłem od zapalniczki, która nadal jeszcze stanowiła dla mnie nowość. Zaciągnąłem się, dym przyjemnie podrażnił płuca i przypominał o poprzednim życiu, którego wyrzekłem się wcale nie tak dawno temu. Huk grzmotu przetoczył się między alejkami, odbijając rykoszetem od złudnie jednakowych ścian budynków i wprawiając je w minimalne drgania. Cząsteczki wokół mnie zawibrowały naładowane energią burzy. Poczułem mrowienie w dłoniach, a skóra na łopatkach zapiekła. Cholera, nie teraz. Nie dość, że znajdowałem się z dala od naszej siedziby, Daenionu, to w dodatku byłem zupełnie sam. Silimir gdzieś poszedł już jakiś czas temu, lecz nadal pamiętałem jego rozkazujący ton.

– Czekaj tu na mnie – powiedział, poprawiając poły długiego do ziemi płaszcza.

Wyglądał, jakby wciąż nie mógł się do końca przyzwyczaić do ziemskich ubrań. Dziwne… Przecież nawet on musiał kiedyś być człowiekiem, tak jak ja.

– Ile ci to zajmie? – zapytałem.

Jego uważne spojrzenie zatrzymało się na mnie odrobinę za długo. Zacisnąłem pięści, a irytacja jeszcze bardziej wzrosła.

– Tyle, ile potrzeba – odrzekł spokojnie, po czym podszedł bliżej i zatrzymał się naprzeciwko. – Dobrze ci radzę, lepiej nie narób problemów. Mam już po dziurki krycia twojego udziału we wszystkich niecodziennych wyskokach.

– Przecież nikt cię o to nie prosi – warknąłem.

Silimir wyprostował się, a ja poczułem, jak ogarnia mnie chłód. Stojący przede mną mężczyzna potrafił w niezwykły sposób operować magią. Ciekawe czy kiedyś opanuję ją w takim stopniu? Może za kilkaset lat? Cóż za problem? W końcu przede mną rozciągała się nieskończoność, pomyślałem gorzko, a moje serce ścisnął ból.

– Dobrze wiesz, dlaczego cię osłaniam – cichy głos Silimira wyrwał mnie z zamyślenia.

– Bo słyszałeś głosy? – odparłem z ironią.

Silimir ściągnął brwi, lecz zaraz na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– Nie lekceważ mnie, Sigarze, bo kiedyś może się okazać, że nie będziesz miał innych sprzymierzeńców.

– Świetnie – odparłem hardo, krew we mnie zawrzała. – Nigdy ich nie potrzebowałem.

Po tych słowach Silimir już nic nie powiedział, tylko zniknął w bocznej uliczce. Widziałem jeszcze, jak kręcił głową.

Na samo wspomnienie słów maga zechciałem pobiec jego śladem i wygarnąć mu wszystko. Powiedzieć, że dołączenia do elitarnej grupy Zaprzysiężonych nie postrzegałem jako jednego z najlepszych punktów zwrotnych w życiu. A potem jeszcze dodać, że tę całą moc mogą sobie wsadzić… Złość pobudziła czyhającą na granicy podświadomości bestię, która przyczaiła się tuż pod powierzchnią skóry i tylko czekała na odpowiedni moment, aby zapanować nad ciałem. Wiedziałem, że nie mogę jej na to pozwolić. Już nigdy więcej.  A tym bardziej – nie po ostatnim razie.

Zacisnąłem szczękę, z całych sił próbując powstrzymać przemianę. Oczy zapiekły, prędko przetarłem je rękawem i przegnałem nieproszone łzy. To było zaledwie dwa tygodnie temu.

Czternaście długich dni, odkąd stałem się mordercą.

Rzuciłem papierosa na asfalt, pet zgasił się w zetknięciu z mokrą nawierzchnią, sycząc krótko. Spróbowałem wyrównać oddech, jak uczył Silimir, jednak i tak minęło kilkanaście minut, nim poczułem, że bestia z wolna cofa się na wcześniejszą pozycję. Pozycję, z której w prosty sposób mogła odsunąć moją świadomość na ławkę rezerwowych i przejąć ciało. Mimowolnie napiąłem mięśnie.

Po niebie przebiegła kolejna błyskawica, tym razem jaśniejsza. Spojrzałem w jej kierunku i na końcu ulicy, na wzniesieniu, dostrzegłem zarys postaci. W jednej chwili wypełnił mnie niepokój niewiadomego pochodzenia, a dłonie zadrżały. Co do…? Wytężyłem wzrok. Człowiek, z uwagi na szerokie ramiona, zapewne mężczyzna zdawał się skupiony na czymś w pełni. Wzdłuż mojego kręgosłupa przeszedł dreszcz, gdy zdałem sobie sprawę, że to mnie poświęcił całą uwagę. Nagle spiął mięśnie i puścił się biegiem. Skręcił w uliczkę, a ja usłyszałem krzyk.

Ruszyłem w pościg, stawiając w gotowości zmysły. Nie powinienem się nigdzie ruszać – jako świeżak wśród Zaprzysiężonych podlegałem woli starszych stażem, a Silimir, który pełnił rolę mojego opiekuna, odpowiadał za moje wybryki. Jednak instynkt nie pozwalał mi zostać na miejscu.

Skręciłem w tę samą, co uciekający mężczyzna, uliczkę i zatrzymałem się na środku. Wokół nie dostrzegłem nikogo. Wypuściłem z dłoni smugę mocy, prosząc, by przeszukała dla mnie dalszą drogę. Cząsteczki naginały się wedle woli, choć wymagało to skupienia. Kolejne metry pokonywałem ostrożnie, w każdej chwili spodziewając się ataku. Kolejny krok i następny, wszedłem w kałużę, rozpryskując parę kropel. Usłyszałem trzask rozbijanej butelki w uliczce po prawej, a zaraz za nim szybkie kroki. Ruszyłem ich tropem. Udało mi się dosięgnąć uciekiniera magią, a jego przerażenie oraz adrenalina napędzały do dalszego pościgu. Przyśpieszyłem.

Wybiegłem z zaułka na główną ulicę, gdzie przed budynkiem ratusza tłoczyły się dorożki i karoce. Niecierpliwe i przemoczone wierzchowce, z których unosiły się kłęby pary, rżały i dreptały w miejscu, pragnąc czym prędzej udać się do stajni.

Zwolniłem i rozejrzałem się na boki. Wszędzie przechodzili ludzie, spiesząc się do powozów czy też domów. Wokół krążyła dusząca mieszanka różanych perfum bogatych dam, nieco już spleciona z zapachem alkoholu oraz tytoniu. Mężczyźni śmiali się w głos, deszcz zdawał się z wolna uspokajać. Wyszedłem na środek chodnika i wtedy dostrzegłem, jak jeden mężczyzna próbuje przepchnąć się między zbitymi w grupkę rozbawionymi kobietami. Wypuściłem w jego kierunku magię, a gdy do niego dotarła, spiął się i popchnął jedną z dam tak, że poleciała na bruk.

– Z drogi! –  krzyknął i pobiegł przed siebie.

Zmroziło mnie, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł lodowy dreszcz. Ten głos… Nie, to niemożliwe. Jak? Milion myśli, domysłów i wspomnień pognało przez mój umysł, bijąc się o miejsca w pierwszym rzędzie. Odsuwałem je, lecz otoczyły mnie ciasno, przyprawiając o mdłości. Rzuciłem się w pogoń, nie zwracając uwagi na krzyczących ludzi. Potrącałem ich i rozpychałem się łokciami, jednak musiałem dogonić tamtego mężczyznę. Musiałem sprawdzić, czy słuch mnie nie zawiódł.

Ponownie wbiegłem w wąską uliczkę, a na jej końcu wybrałem lewą odnogę. Kluczyłem chwilę, lecz zaraz wyczułem jego esencję, która teraz wydawała się tak znajoma. Wziąłem kolejny zakręt i zatrzymałem się w miejscu – znalazłem się w ślepej uliczce, lecz nie sam. W odległości kilku metrów przede mną zatrzymał się uciekający mężczyzna. Stał niemal pod samą ścianą, odwrócony plecami. Ramiona unosiły mu się wysoko, czułem, że starał się uspokoić, jednak jego strach był wręcz namacalny. Wpatrywałem się w niego bezczelnie, nie dając wiary zmysłom. Ten garnitur w paski, czerwona apaszka przewiązana pod szyją, zazwyczaj skrupulatnie, dzisiaj ledwie trzymała się na ostatnim węźle, przemoczona od deszczu. Wreszcie te kasztanowe, półdługie włosy, kręcące się od nadmiaru wilgoci w powietrzu.

Zrobiłem krok.

Mężczyzna zerknął przez ramię i spiął się w momencie.

– Nie podchodź! – ostrzegł piskliwym ze strachu głosem.

Odwrócił się przodem. Zamarłem. Poczułem, jak gardło blokuje mi wielka gula, utrudniając przełykanie. Spróbowałem się otrząsnąć, lecz nie potrafiłem. Minuty przeciągały się, a ja usiłowałem zrównać rzeczywistość z posiadaną wiedzą. Wiedzą, której tak byłem pewien, a która teraz zdawała się stanowić jedynie marę.

– To niemożliwe – szepnąłem wreszcie. – Matt?

Matt zaśmiał się głośno, obłąkańczo. Wbił we mnie wzrok przepełniony nienawiścią i szaleństwem. Wyciągnął rękę i skierował we mnie palec wskazujący.

– Poznajesz? Nie wierzę?! – krzyknął, próbując zagłuszyć szum deszczu, który ponownie się wzmógł. – Dziwne, że wtedy zapomniałeś jak mam na imię, kim jestem!

– Matt, ja… – spróbowałem mu przerwać, podejść bliżej, lecz przywarł jeszcze mocniej do ściany, więc zatrzymałem się w miejscu.

– Co ty?! Co, kurwa, co?! Nie pierdol, że chcesz przeprosić! – wrzasnął. – Mordercom się nie wybacza!

Cofnąłem się, czując, jakby siła jego słów kopnęła mnie w brzuch. Wiedziałem, co zrobiłem, doskonale zdawałem sobie sprawę z konsekwencji, jednak usłyszeć to od przyjaciela… Podniosłem na niego wzrok, czując, jak przejmują nade mną kontrolę inne uczucia: złość, niedowierzanie, nienawiść. Napiąłem mięśnie, odruchowo przywołując magię.

– Jak przeżyłeś? – zapytałem. – Powinieneś gnić w rynsztoku razem z Dominikiem. Tam, gdzie was zostawiłem!

Odepchnął się od ściany i przysunął bliżej. Wyczułem, jak wypełnia go wściekłość.

– Robotę się dokańcza! – krzyknął. – Ile razy mam ci to jeszcze powtarzać, zanim zrozumiesz, ciołku?!

Skóra mnie paliła. Pragnąłem podbiec i udusić skurwysyna, zapomnieć tym samym o przeszłości, zapomnieć o nim, moim przyjacielu. Przyjacielu, którego sądziłem, że zabiłem. I dlaczego? Bo pośrednio przyczynił się do śmierci moich bliskich. Już miałem na niego skoczyć, przywołać bestię z wnętrza i rozorać jego tors pazurami, lecz wtedy spojrzałem mu w oczy, a moje serce wypełniły poczucie winy oraz żal. Opuściłem ręce.

Matt podszedł bliżej, najwyraźniej już pogodzony z losem. Zatrzymał się na wyciągnięcie ręki. Tak prosto, tak szybko mogłem zakończyć jego marny żywot. Między nami przeleciała jedwabna wstążka, znajdująca się tak nie na miejscu – najpewniej wysunęła się z fryzury którejś z dam. Ponownie mu się przyjrzałem i już wiedziałem, co zrobię. Odetchnąłem.

– Co tak stoisz? – warknął już ciszej. – Przecież to moja wina, że ta suka i szczeniak nie żyją, prawda? Sam to mówiłeś.

Postawiłem kołnierz płaszcza.

– Nie byłem sobą – szepnąłem.

– Oj, byłeś – powiedział Matt i zaśmiał się, po czym jego twarz wykrzywił grymas: – Zawsze miałeś się za lepszego. I zobacz, gdzie nas zaprowadziła twoja pycha?

Nie odpowiedziałem. Z jednej strony pragnąłem mu dokopać, a z drugiej wiedziałem, że miał rację. Matt doskoczył do mnie i chwycił za poły płaszcza. Przyciągnął moją twarz do jego, oddechy zlały się w jeden.

– Dobij mnie, jeśli masz jaja – warknął Matt.

Już chciałem coś odpowiedzieć, gdy moją uwagę przyciągnęło coś błyszczącego na jego nadgarstku. Chwyciłem jego rękę i przyjrzałem się jej uważnie. Nie… Ponownie ogarnął mnie chłód. Chciałem coś powiedzieć, lecz wtedy poczułem obecność jeszcze kogoś. Uśmiechnąłem się i odwróciłem.

– Długo nas już podsłuchujesz, Silimirze? – rzuciłem pytanie w ciemność.

Z mroku wyłoniła się wysoka sylwetka maga. Jasne włosy przyklejały mu się do twarzy, jednak nie łagodziły stanowczych rysów. Podszedł do nas, nie spuszczał wzroku z nadgarstka Matta – skóra przy bransolecie była pokaleczona, a gdzieniegdzie znajdowała się na niej zaschnięta już krew. Oprócz krwi dostrzegłem coś jeszcze, czarną posokę, która pachniała tak dobrze znanym mi odorem śmierci. Strach wdarł się do mojego wnętrza.

– Powinieneś był zaczekać, Sigarze – warknął Silimir, po czym wyrwał mi nadgarstek Matta i puścił go wolno.

– Sigarr? – spytał Matt. – Więc tak się teraz postanowiłeś nazywać, Robbie?

Śmiech Matta drażnił moje bębenki. Może jednak powinienem go dobić? Silimir nawet na niego nie spojrzał, odwrócił się tylko i ruszył w kierunku, z którego przyszliśmy.

– Idziemy, Sigarze – powiedział. – Czekają na nas.

Nie wierzyłem własnym uszom. Podbiegłem do niego i chwyciłem za łokieć, przytrzymując w miejscu. Spojrzał na mnie, lecz w jego oczach dostrzegłem jedynie nieustępliwość.

– Chyba się przesłyszałem – powiedziałem.

– Zapewniam cię, że nie – warknął Silimir.

– Nie widziałeś bransolety?

Spojrzenie Silimira stało się jeszcze zimniejsze. Wysunął rękę z mojego uścisku, a potem stanął ze mną twarzą w twarz. W oddali dało się słyszeć śpiew pijaka wracającego do domu.

– A ty nie wyczułeś woni śmierci? – warknął mag. – Możesz tego jeszcze nie wiedzieć, ale jemu nie da się już pomóc. Został naznaczony przez ciemność, skazany na inny los.

Odsunąłem się.

– Nie wierzę. Przecież bransoleta… Sam mówiłeś, że pojawia się, aby dać szansę na nowe życie, na wstąpienie w szeregi Zaprzysiężonych.

– Zgadza się, jednak ktoś znalazł twojego przyjaciela przed nami – odparł Silimir. Wyraz jego twarzy zmienił się na łagodniejszy. – Przykro mi, Sigarze, jemu już nikt nie jest w stanie pomóc. Wracajmy.

Silimir ponownie ruszył przed siebie, lecz ja nadal stałem w miejscu, nie mogąc zmusić się do ruchu naprzód. Poczułem, że stojący za mną Matt poruszył się nieznacznie, a jego niepokój wzrósł. Cholera, co miałem zrobić? Powinienem wrócić na Daenion, dokończyć szkolenie i modlić się, by kiedyś moje grzechy zostały mi wybaczone. Lecz teraz… Zerknąłem przez ramię. Matt skrzyżował ręce na piersiach i uśmiechnął się nieznacznie.

– Idź, zostaw mnie jak poprzednim razem. Może ktoś dokończy za ciebie robotę – powiedział z ironią.

Stłumiłem westchnienie, lecz się nie poruszyłem. Nie mogłem. Silimir przystanął.

– Sigarze – ponaglił.

– Zostaję – powiedziałem.

Nasze spojrzenia się skrzyżowały.

Mam nadzieję, że wiesz z czym wiąże się twoja decyzja – usłyszałem w głowie głos maga. – Nie obejdzie się bez konsekwencji.

– Rozumiem – odpowiedziałem mu w myślach. – Załatwię sprawę i wrócę.

Silimir podszedł do ściany i zatoczył niepełne koło zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Poczułem, jak uliczkę ogarnia ciepło, a do moich nozdrzy doszedł zapach siarki. Po chwili przed Silimirem otworzył się portal, a otaczające jego krańce języki ognia muskały ubrania maga, nie wyrządzając mu żadnej krzywdy. Zanim wszedł do portalu, zawahał się.

– Wrócę – powiedziałem pewnie.

Kąciki ust Silimira uniosły się.

– Jeżeli będziesz miał dokąd – odparł i przeszedł przez portal.

Przejście zamknęło się za nim w ułamku sekundy, a ja odwróciłem się do Matta i zdałem sobie sprawę z istoty dokonanego wyboru. Zostałem na Ziemi, by zmierzyć się z przeszłością i byłym przyjacielem, którego szczerze nienawidziłem.

A jednak byłem mu coś winien.

I właśnie nadszedł czas zapłaty.

* * * * *

– No i po co za mną leziesz, co?

Matt szedł przodem, co kilka kroków rzucając w moim kierunku te lub podobne pytania czy obelgi. Nie zwracałem jednak na nie uwagi, wiedziałem, że byłem mu potrzebny czy tego chciał, czy nie. Trzeba tylko poczekać, aż zaakceptuje obecną sytuację. Deszcz ustał już godzinę wcześniej, a nocne niebo powoli zaczęło przechodzić w całą gamę szarości tak charakterystyczną dla nadchodzącego świtu.

Zerkałem na Matta, próbując zrozumieć, w jaki sposób przeżył i dlaczego bransoleta wybrała akurat jego. Czemu otrzymał możliwość rozpoczęcia życia na nowo? Czy rzeczywiście okazał się godzien kolejnej szansy? Stłumiłem westchnienie i sięgnąłem po papierosa, Matt w tym czasie zatrzymał się przy murze i oparł się o niego plecami. Jego klatka piersiowa unosiła się ciężko, zupełnie jakby stale brakowało mu tlenu. Podszedłem i zatrzymałem się obok. Przygryzłem papierosa i już chciałem podpalić, gdy Matt wyjął mi go z ust i włożył do swoich, po czym nachylił się do trzymanej przeze mnie zapalniczki i czekał. Nacisnąłem, kółka potarły o siebie i pokazał się płomień. Matt spojrzał na mnie, a ja poczułem tę samą chorą fascynację tym człowiekiem, co podczas naszego pierwszego spotkania. Tak chciałem mu dorównać, sprawić, by wielcy tego świata podziwiali moje prace oraz wspominali nazwisko z szacunkiem. Matt uśmiechnął się, zaciągnął, a następnie odwrócił papierosa w moją stronę. Wpuściłem śmiertelną mieszankę do płuc. Zabrał mi ją prędko.

Dym tytoniu unosił się wokół, zaburzając jasność widzenia. Ciszę rozmyło westchnienie.

– Jak do tego doszło, Robbie? – szepnął Matt. – Czy to rzeczywiście przez nas nie żyją?

Wiedziałem, kogo miał na myśli. Natalie i Chrisa. Moich bliskich, jedynych w poprzednim życiu, którym na mnie zależało. Na których zależało mnie. Przełknąłem wolno ślinę, starając się utrzymać chwiejną równowagę. Zacisnąłem pięści i oparłem je o chłodny mur z cegieł.

– Nie wiem – odpowiedziałem wreszcie na pytanie, które zawisło między nami. – Nie zamierzam jednak teraz tego roztrząsać.

– Więc po co zostałeś? Powinieneś iść z tym strojnisiem, z pewnością by się o ciebie zatroszczył.

Spomiędzy znajdujących się po przeciwnej stronie śmietników wysunął się pręgowany kot. Wygiął grzbiet w łuk i otarł o krawędź jednego z koszy, po czym zamiauczał głośno.

– A kto by się zatroszczył o ciebie? – zapytałem.

Matt zaśmiał się i zrzucił niedopałek na ziemię, a potem zgasił go obcasem.

– I mówi to facet, który próbował mnie zabić? – spytał.

Mierzyliśmy się wzrokiem, lecz każdy wiedział o dzielącej nas przepaści. Przepaści, której żadne ludzkie sposoby nie są w stanie pokonać.

– Pomogę ci, a później usunę w cień – powiedziałem wreszcie.

Matt klepnął mnie w ramię i odparł wesoło:

– Skoro się upierasz. – Po tych słowach wychylił się z uliczki, lecz zanim wyszedł dalej, przystanął i zerknął na mnie: – Wolałbym jednak, abyś nie wracał do cienia. Za długo zajęło mi wyciąganie cię z tego szamba.

Bez zastanowienia ruszyłem za nim. Przeszliśmy obok niewielkiej piekarni, której właściciel właśnie wystawiał na zewnątrz tablicę, gdzie znajdą się specjalności dnia. Z lekko uchylonych drzwi dobiegł zapach świeżo wypiekanego chleba oraz biszkoptu. Matt przyśpieszył.

– Gdzie tak gonisz? – zagadnąłem.

– Muszę coś załatwić – odburknął, lecz zaraz potem zwolnił i dodał: – Przynajmniej będzie nieco czasu na wyjaśnienia.

Słysząc jego beztroski ton mimowolnie się uśmiechnąłem.

– A więc, co chcesz wiedzieć?

* * * * *

Silny podmuch wiatru przesunął czerwoną apaszkę na twarz Matta, chwilę się z nią mocował, zanim nie umieścił końcówki pod marynarką.

– Jesteś pewien, że to tutaj? – spytałem.

Przytaknął.

– Określili jasno, że to właśnie tu powinienem się zjawić, jeśli nie chcę skończyć w piachu.

Staliśmy przed mieszczącym się na uboczu kościołem. Wysokie, dawno nie ścinane trawy rosnące wokół niewielkiego budynku, sięgały nam do pasa. Gdzieś z boku usłyszałem granie koników polnych oraz bzyczenie owadów. Matt ruszył przed siebie. Nie czułem się zbyt pewnie w tym miejscu, lecz poszedłem jego śladem.

– Co tak właściwie zrobiłeś, że teraz musisz ich spłacać? Kim są? – dopytywałem.

– Nie znam ich tożsamości. A co do reszty, powiedzmy, że… znalazłem się w złym miejscu o złym czasie – odparł zdawkowo.

Doszliśmy pod kościół. Kremowa farba, nałożona na siebie wieloma warstwami, odchodziła płatami i upadała na spękaną od słońca ziemię. Odruchowo poprawiłem płaszcz. Matt położył dłonie na dwuskrzydłych drzwiach, jednak zanim je pchnął, spojrzał jeszcze na mnie.

A potem otworzył drzwi i otoczył nas mrok.

* * * * *

Deski skrzypiały przy każdym kroku. Matt szedł pierwszy, lecz trzymał się w zasięgu wzroku. Większą część kościoła, tył oraz nawy spowijał cień – jedynie ołtarz oświetlało jasne światło, dochodzące z wyrwy w dachu. Drobinki kurzu unoszące się w powietrzu były dobrze widoczne w świetle budzącego się dnia. Matt przystanął, a po chwili ruszył pewnie na sam środek kościoła i zatrzymał się pod ołtarzem. Stanął tuż przed linią światła, lecz mimo tego był dobrze widoczny. Poczułem, jak ogarnia mnie niepokój, stawiając każdy mój nerw w gotowości. Przywołałem z groty miecz i poprawiłem uchwyt na rękojeści. Podszedłem bliżej.

– Co robisz? – szepnąłem.

Lecz Matt nie odpowiedział.

Zamiast tego po pustym kościele rozniósł się jego śmiech. Zatrzymałem się w pół kroku na ten dźwięk, a włoski na karku stanęły mi dęba. Ściągnąłem brwi.

– Matt…

Przyjaciel odwrócił się i rozłożył ręce na boki. Na jego twarzy dostrzegłem szeroki uśmiech, a oczy przepełniało szaleństwo. Bransoleta zabłyszczała głęboką czernią, a odór śmierci, który od niej pochodził, tylko się wzmocnił.

– Matt, lepiej mi wszystko wyjaśnij – warknąłem.

Wtem usłyszałem szelest oraz kroki. Trzask w oddali sprawił, że napiąłem mięśnie, gotów do konfrontacji. Coś było nie tak. Nagle z cienia po obu stronach wyszli mężczyźni i kobiety, przyglądali mi się uważnie, ostrożnie stawiając kroki. Podchodzili mnie jak zwierzynę. Cząstki powietrza zadrgały, a gdy zatrzymałem na jednym człowieku dłużej wzrok, wyczułem jego brudną, ułomną esencję. Zadrżałem…

Potępieni.

Uniosłem miecz i obróciłem się wokół własnej osi. Naliczyłem sześciu. Kurwa. Moje spojrzenie prędko powędrowało do Matta. Musiałem podejść bliżej, bo drugi raz nie zamierzałem go zawieść. Ruszyłem w jego kierunku, a wtedy drogę zastąpił mi jeden z przeciwników. Stanąłem pewniej, szykując się do ataku.

– Matt, ukryj się w bezpiecznym miejscu. Przyjdę po ciebie i wszystko wyjaśnię – nakazałem.

Śmiech Matta znów odbił się echem od ścian kościoła, jednak teraz przypominał bardziej rechot. Przyjaciel wyprzedził potępionego jak gdyby nigdy nic i stanął pomiędzy nami.

– Wyjaśnisz? – zadrwił. – Raczej ty jesteś tu jedynym, który potrzebuje wyjaśnienia.

– Nie pierdol, tylko zwiewaj, głupku – warknąłem.

Wyciągnął dłoń i przejechał palcami po drewnianej powierzchni jednej z ławek.

– Nadal nie rozumiesz – szepnął.

– Nie rozumiem czego?

Jego dłoń zawisła w powietrzu, a gdy podniósł na mnie wzrok, odniosłem wrażenie, że patrzę w oczy zupełnie obcemu człowiekowi.

– Powinieneś był mnie dobić, kiedy miałeś ku temu okazję – odparł, a potem machnął ręką. – Zabić!

– Z przyjemnością – wysyczał znajdujący się za Mattem potępiony, a jego ręka w ułamku sekundy zmieniła się w wąskie szczypce o ostrym końcu.

Potwór zrobił krok i się zamachnął, a później wbił szczypce w ciało Matta, przebijając go na wylot. Nie zdążyłem zareagować, wszystko działo się za szybko. Krew trysnęła, a część jelit wypadła z brzucha. Igły bólu i niedowierzania wbijały się w moje serce, zostawiając rany. Upadłem na kolano, czując przytłaczający ciężar rzeczywistości. Matt spojrzał na mnie z niemym błaganiem, wyciągnął dłoń. Zadrżała, a następnie opadła bezwładnie zupełnie jak głowa Matta, która teraz spoczywała nieruchomo na martwym torsie. Potępiony oparł but o plecy Matta i wyszarpnął szczypce. Ciało przyjaciela upadło z łoskotem na podłogę niczym kawał zepsutego mięsa.

Sprzeczne uczucia biły się we mnie o pierwszeństwo. Powinienem uciekać, wydawało się to jedyną właściwą opcją. W końcu Matt mnie zdradził, chciał wydać potępionym. A mimo to nie mogłem  pozwolić im żyć. Bestia prędko zbliżała się do powierzchni – a ja nie chciałem jej wstrzymywać. Wyczułem ruch z przodu i po bokach, potępieni nie czekali na zaproszenie. Pragnienie krwi pobudzało i mnie do szybszego działania. Przez czarne rysy pokrywające moją rękę przepływał niebiesko – pomarańczowy prąd, a magia zbierała się obok, gotowa do użycia. Jeszcze, czekaj, czekaj, mówiłem sam do siebie. Po chwili potępiony, który zabił Matta, skoczył na mnie. Ruszyłem w przód i ciąłem mieczem na ukos. Przeciwnik upadł na posadzkę, a z jego torsu leciała krew. Odwróciłem się i jednym płynnym ruchem odciąłem mu łeb.

Po bokach usłyszałem warkot. Cofnąłem się pod ołtarz, niemal znajdując się w okręgu światła. Potępieni byli coraz bliżej, część przybrała już swoje prawdziwe postaci, przypominając teraz potwory z kłami i pazurami. Moc pulsowała, a jej nadmiar doprowadzał mnie do szaleństwa. Wtedy bestia zamruczała, a ja opuściłem mury i wypuściłem potwora na wolność. Z łopatek wyrosła mi para błoniastych skrzydeł, a skóra przybrała grafitowy odcień. Skóra na głowie zapiekła i zaczęła się rozciągać, a po chwili pośród włosów można było dostrzec parę niewielkich rogów.

Ryk rozniósł się po kościele, dokładnie w momencie, gdy straciłem kontrolę.

Bo bestia wyruszyła na łowy.

* * * * *

Oddech stał się płytki, a dłonie drżały z niedawnego wysiłku. Szedłem wolno drogą, która, jak miałem nadzieję, doprowadzi mnie do najbliższego portalu na Daenion. Mięśnie rwały, jakby chcąc podzielić ciało na mniejsze kawałki i rzucić na pożarcie potworom: poczuciu winy, udręczeniu, żalowi. Pragnąłem, aby szarpały mnie mocno, żebym tylko mógł zapomnieć.

Zapomnieć o bólu zdrady oraz świadomości, że utraciłem przyjaciela. Serce przyśpieszyło, kłując w mostku za każdym kolejnym uderzeniem i przypominając, jak naiwny i głupi byłem. Skręciłem w boczną uliczkę, aby zejść z oczu przechodniom. Kilku rzuciło mi podejrzliwe spojrzenia, a nie mogłem pozwolić, by Silimir musiał mnie jeszcze wyciągać z pierdla. Odszedłem dalej w ciemny zaułek i oparłem się o ścianę. Bestia zawarczała z zadowolenia, a ja miałem wrażenie, jakby filary podtrzymujące moją maskę normalności zawaliły się w ułamku sekundy.

Łzy płynęły niechciane, uciekały pomiędzy palcami, zupełnie jak uciekało moje poprzednie życie. To, w którym miałem przyszłość, rodzinę, przyjaciół… w którym nie byłem nikim. Osunąłem się po ścianie i kucnąłem, pozwalając, by mój umysł rozdzierały obrazy przeszłości. Raz za razem wstrząsały mną dreszcze.

Czas mijał, a ja nie potrafiłem się podnieść, nie umiałem zmusić ciała do posłuszeństwa. Choć to nie z nim miałem największy problem. Dusza i umysł zawarły przeciw mnie koalicję, obierając sobie za cel obrócenie w gruz resztek człowieczeństwa, które jeszcze się we mnie tliło. A może powinienem im pozwolić? Może wtedy stałbym się lepszym żołnierzem, bo w końcu tego się ode mnie oczekiwało. Bo czy powinienem wierzyć słowom zwariowanego maga, który dostrzegł we mnie coś więcej? A może zawierzyć życie nadanemu mi przez bransoletę imieniu, które naznaczało resztę ścieżki mojego istnienia?

Gdzieś nade mną odezwał się dźwięczy śpiew ptaka. Przypominał mi odgłos świątecznych dzwonków, tak ukochanych przez dzieci. Tak ukochanych przez Chrisa. Serce zakłuło, gdy ciernie straty wbijały się coraz głębiej w jego strukturę. Uniosłem głowę i spojrzałem w niebo. Niebiesko – żółty niewielki ptak wzleciał w chmury, wirując wesoło, jakby przestworza należały do niego. Zanurkował w uliczkę i przeleciał tuż przed moimi oczami, a potem zniknął w zgiełku budzącego się do życia miasta. Rzeczywistość zdawała się powoli do mnie docierać, obróciłem głowę nieco na lewo i dostrzegłem zbliżającą się postać. Zwiesiłem głowę, próbując ukryć niedawne łzy i wytrzeć je rękawem przemoczonej od krwi koszuli.

– Nie sądziłem, że przeżyjesz.

Spojrzałem w górę i zobaczyłem przed sobą wyciągniętą rękę, a wyżej poważną twarz Silimira.

– Dlaczego wróciłeś? – warknąłem. – Tak bardzo wierzysz w swoje absurdalne przypuszczenia na temat mojej przyszłości?

Silimir ściągnął brwi i zamyślił. Po chwili jednak pochylił się, złapał mnie za ramiona i siłą postawił na nogi. Oparł mnie o ścianę, jednak nadal nie puszczał, najwyraźniej zdając sobie sprawę, w jakiej kondycji byłem. Zerknąłem na maga i dostrzegłem na jego twarzy mieszankę wściekłości oraz wyższości, ale nie tylko. Pod powierzchnią krył się również strach oraz ulga.

– Wierzę tylko w prawdę – odpowiedział po kilku sekundach, a potem mnie puścił. Ledwie ustałem o własnych siłach. – A ty w co wierzysz, Sigarze?

Ciernie wbiły się głębiej, a czarna jak śmierć krew wypłynęła z serca. Zatruwała mnie całego, odbierając ostatnią iskrę nadziei na lepsze jutro.

– Ja? – spytałem z rezygnacją. – W nic nie wierzę, Silimirze. I chyba nigdy już nie uwierzę.

Przez moment ważył moje słowa, nie spuszczając ze mnie wzroku. Z końca uliczki dobiegł nas szmer wesołych rozmów przechodzącej właśnie grupki kobiet. Poczułem ich zapach – zapach życia, radości i szczęścia, który owinął mnie niczym bryza, lecz równie prędko jak ona rozmył się w szarej rzeczywistości.

Silimir przeszedł kilka kroków dalej, na koniec uliczki, i zatoczył niepełne koło, by otworzyć portal. A więc mnie zostawia, pomyślałem zarazem z żalem jak i ulgą. Może potępieni szybko ze mną skończą? Tak byłoby lepiej.

Już chciałem ponownie osunąć się na ziemię, gdy ostry ton Silimira mnie przed tym powstrzymał.

– Co ty wyprawiasz? – warknął, a gdy portal się otworzył w pełni, podszedł i chwycił mnie pod ramię, pomagając iść.

Nic nie rozumiałem.

– Dlaczego mi pomagasz? Przecież powiedziałeś, że nie będzie powrotu, że czekają konsekwencje – dopytywałem, próbując zrozumieć. – Nie zasługuję…

– Nie zamierzam cię skreślać tylko po kilku błędnych wyborach – powiedział cicho. – Poza tym jedynie ja wiem o ostatniej masakrze. Wyczyściłem kościół z twojej obecności, więc nikt nawet nie wpadnie na to, że nowo zaprzysiężony mógłby być przyczyną zarżnięcia sześciu potępionych. Poza tym – kontynuował, zerkając na mnie: – Potrzebuję sprzymierzeńców. Silnych, więc lepiej weź się w garść.

Zatrzymaliśmy się przed portalem. Ciepło buchające z czarnego wnętrza oraz języków ognia otaczających krańce sprawiło, że poczułem się pewniej i stanąłem o własnych siłach. Silimir odsunął się nieznacznie, a wiatr poruszył jego długą bordową szatą.

– Mam u ciebie dług, Silimirze – powiedziałem poważnie i wyciągnąłem w jego kierunku rękę.

Uśmiechnął się, a od tego uśmiechu przeszedł mnie dreszcz.

– To prawda. Masz i długo się z niego nie wypłacisz – odparł i chwycił moją rękę w łokciu.

Między nami przeszła smuga magii, w dłoni poczułem mrowienie.

– Bardzo długo? – zapytałem.

Silimir odwrócił się do portalu, a z twarzy nie schodził mu uśmiech.

– Do końca życia.

Alicja Wlazło
Latest posts by Alicja Wlazło (see all)