Obiecałeś. Vera

Miotała się, jakby naprawdę miała szansę na znalezienie wyjścia z tej podbramkowej sytuacji. Przez myśl przewijały się najróżniejsze scenariusze, lecz żaden nie przykuł jej uwagi choć na chwilę; każdy wydawał się zbyt prosty albo, co gorsza, nieosiągalny; wszystkie miały jednak jedną wspólną i jakże niechcianą cechę – nie dawały ani grama nadziei, że wyjdzie z tego obronną ręką.

Vera wiedziała, że matka nie zmieni raz podjętej decyzji. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby, gdyż w przeciwnym razie straciłaby twarz przed organizacją. A przede wszystkim – straciłaby w jego oczach. A na tak wielką stratę nie mogła sobie pozwolić.

Dłonie Very zaczęły się pocić, szum śmigieł helikoptera zagłuszał jej myśli. Ciasno przypięte pasy trzymały pewnie, choć tak naprawdę nie chroniły jej przed największym niebezpieczeństwem, które czekało u celu podróży.

Sophia siedziała po drugiej stronie metalowego potwora i wyglądała przez niewielkie okna, wpatrując się w szybko umykający krajobraz. Wyglądała tak jak zawsze: nieprzyjaźnie, wrogo, obco, choć przecież to z nią Vera spędziła większość życia. Właśnie, większość, bo istniała jeszcze ta malutka cząstka, nieskalana duszącą aurą matki, należąca tylko do Very. Do Very i do ojca.

Jego uśmiechnięta twarz od razu stanęła dziewczynie przed oczami, a kurze łapki w kącikach oczu jeszcze bardziej łagodziły jej wyraz, zazwyczaj i tak przyjazny. Nigdy nie mieszkali razem, Vera wątpiła, by rodzice wytrzymali choćby dobę we własnym towarzystwie, nie wszczynając przy tym kłótni. W żadnym jednak wypadku nie zamierzał rezygnować z córki; a ona najchętniej zostałaby z nim na zawsze. Bo powrót był zbyt bolesny.

Matka pstryknęła palcami tuż przed nosem Very, przywracając córkę do rzeczywistości.

– Skup się, zamiast bujać w obłokach – przekrzykiwała się z panującym wewnątrz maszyny hałasem. – Tylko cel się liczy, nic więcej, Veronico.

Vera wczepiła palce w materiałowe spodnie, jednak nie ośmieliła się przeciwstawić; zdołała jedynie przytaknąć, a następnie wbiła wzrok we własne dłonie.

Zanim dotrą na miejsce, minie jeszcze co najmniej pół godziny; i wtedy będzie zdana wyłącznie na siebie. Ciekawe czy wtedy, w obliczu niebezpieczeństwa, w końcu doceni wszystko, co zrobiła dla niej Sophia? Vera prychnęła w duchu z powątpiewaniem. Oparła głowę o zimną ścianę za plecami i przymknęła powieki, pozwalając, by wspomnienia otoczyły ją szczelnie i by choć na chwilę mogła zapomnieć, kim naprawdę była i kim miała się za niedługo stać.

* * * * *

– Gdybyś tylko nie był tak ograniczony, może nigdy nie musiałoby do tego dojść!

Trzask drzwi przeciął powietrze z gwałtownością pioruna.

– Nie pomyślałaś, że to może ty jesteś w błędzie? – Ojciec nie dawał za wygraną. – Może zamiast ścigać się z tymi wszystkimi zwyrodnialcami, wreszcie pomyślisz o rodzinie?

Śmiech Sophii dotarł do uszu Very i wdarł się do serca niczym sztylet. Dziewczynka skuliła się jeszcze bardziej, pragnąc zniknąć.

– Rodzinie? – spytała Sophia z opanowaniem. – Spójrz najpierw na siebie. Zostawiłeś nas, gdy Vera miała ledwie roczek, a teraz po pięciu latach zjawiasz się jak jakiś pierdolony bohater i zamierzasz mi ją odebrać? Nie masz szans i lepiej się z tym pogódź, bo inaczej…

– Bo inaczej co? – warknął ojciec. – Naślesz na mnie zbirów, a może zabijesz własnoręcznie? To byłoby w twoim stylu.

Vera zatrzęsła się, nie umiała dłużej zapanować nad strachem. Z jej ust wydostał się cichy płacz. Usiłowała go stłumić, lecz im bardziej próbowała, tym mocniej narastał. W pokoju rozległy się kroki, a ona poczuła, jak ogarnia ją coraz większe przerażenie. Kogo zobaczy? Kto odchyli zasłonę postrzępionego obrusa? Matka? A może ojciec?  Oby ojciec, bo gdy Sophia się denerwowała…

– Hej, malutka, nie bój się. Nic się nie dzieje, zwykła różnica zdań. – Spod podniesionej zasłonki Vera dostrzegła przyjazną twarz mężczyzny, która, choć była jej obca, nie wzbudzała strachu. – Wśród dorosłych to się zdarza. Kiedyś zrozumiesz, a teraz chodź do mnie.

Dziewczynka przyciągnęła kolana jeszcze bliżej, aż pod samą brodę. Ojciec przyglądał jej się uważnie i na moment jakby posmutniał. Szybko jednak przywołał na twarz tak miły Verze uśmiech.

– Może zaprosisz mnie do środka i porozmawiamy, co? – zapytał, po czym dodał konspiracyjnym szeptem: – Sam z chęcią bym się gdzieś schował. Mam już dość sprzeczek, a ty?

Przytaknęła, a wtedy mężczyzna zaczął wczołgiwać się pod stół.

– Co ty znowu wyprawiasz? – Oschły głos Sophii dobiegł do nich z góry. – Skoro już zamierzasz się wygłupiać, to chociaż się nią zajmij. Wychodzę. Zachowuj się, Veronico.

– Dobrze, Sophio – odpowiedziała dziewczynka.

– Zaopiekuję się nią, nie musisz się martwić – odkrzyknął ojciec, a następnie dodał ciszej: – Chociaż nie powinienem cię nawet posądzać o tak ludzkie odruchy.

­– Słyszałam!

Zamek od drzwi wejściowych zatrzeszczał; zostali sami. Mężczyzna wczołgał się głębiej, aż nie zajął miejsce obok dziewczynki. Głowę musiał trzymać nisko, by nie uderzyć o blat.

Zerknął na Verę, która nawet na moment nie odwracała od niego czujnego spojrzenia.

– Nie przejmuj się matką, ona zawsze była dość… specyficzna – mówiąc to, puścił do niej oczko.

– Nie rozumiem – przyznała Vera schrypniętym głosem.

Ojciec potarł brodę w zamyśleniu.

– Specyficzny to ktoś nietypowy, odmienny, zachowujący się w inny sposób niż reszta – wyjaśnił. – Sophia zawsze była wyjątkowa.

Vera przymrużyła oczy, wyraźnie zastanawiając się nad sensem zasłyszanych słów.

– Ale to oni przegrają – stwierdziła.

– Oni?

– No, ci zwykli.

– Dlaczego tak sądzisz?

Jej spojrzenie stało się ostre.

– Bo są słabi – powiedziała bez namysłu, ścierając ostatnie łzy, które osiadły na jej policzkach. – Sophia taka nie jest.

Ojciec westchnął ciężko.

– To prawda, Sophia nie jest słaba – przyznał niechętnie.

– Ja też nie jestem – dodała Vera szeptem, a jej głos przybrał chłodną barwę. – A ty?

Przypatrywał się jej z uwagą, jakby doskonale wiedział, że od tej jednej odpowiedzi mogło zależeć zarówno wszystko, jak i nic.

– Nie jestem tchórzem, jeśli o to pytasz – odezwał się po dłuższej chwili. – Choć zdarzało mi się robić rzeczy, z których nie byłem dumny…

– Jak porzucenie nas?

Wytrzymał jej spojrzenie, a nawet uśmiechnął się do córki. Chociaż w tym uśmiechu można było wyczuć ogrom smutku, który mężczyzna gromadził w sobie latami – i któremu dopiero niedawno pozwolił wydostać się na powierzchnię.

– Tak, to był największy błąd, jaki popełniłem. Nigdy nie powinienem cię zostawiać. Nie z nią. – Wyciągnął rękę i pogłaskał Verę po kruczoczarnych włosach, następnie dodał szeptem: – I to się już nie powtórzy.

Oczy dziewczynki zalśniły, co sprawiło, że mężczyzna musiał powstrzymywać łzy.

– Obiecujesz? – zapytała szeptem Vera. Nadzieja w jej głosie raniła.

Nie wytrzymał, przyciągnął ją do siebie i zamknął w ciasnym uścisku.

– Obiecuję – szepnął równie cicho. – Od teraz zawsze będziemy razem. Masz moje słowo.

* * * * *

Śmigła helikoptera kręciły się coraz wolniej, aż wreszcie towarzyszący im szum całkiem ustał, choć w uszach Very wciąż dudniło. Zdawały się być przytkane, jakby do środka dostała się woda.

Maszyna ucichła, silnik przestał pracować, a Vera zaczęła słyszeć wyraźniej. Trzask sprzączek od pasów, szuranie butów, łoskot otwieranych drzwi – oraz głosy czy też raczej jeden głos.

Klepnięcie w policzek, uniosła powieki i spojrzała prosto w ciemne oczy Sophii; matka nachylała się nad nią, zaraz jednak stanęła prosto i oparła ręce na biodrach.

– Gotowa na test? – zapytała.

– A mam jakiś wybór? – oparła dziewczyna.

Sophii drgnął kącik ust.

– Nie, jeśli chcesz przeżyć.

Vera odpięła pasy i podniosła się, a następnie podeszła do stojącego otworem wejścia. Chwyciła się metalowej rączki i wyjrzała na zewnątrz. W oddali rysowały się ruiny miasteczka wzniesionego pośród pustkowia; nigdzie nie dostrzegła ani jednego człowieka, lecz wiedziała, że gdzieś tam się czają.

– Czekasz na coś, Veronico?

Od tembru głosu matki Verę przeszedł dreszcz. Zacisnęła mocniej palce na uchwycie.

– Może na  słowa otuchy? – podpowiedziała. – A nie, moment, przecież od ciebie nigdy ich nie usłyszę.

Nie czekając na odpowiedź, zeskoczyła na ziemię i ruszyła przed siebie, prosto w rozwartą paszczę przyszłości, której nie mogła uniknąć; przed którą nikt nie mógł jej uchronić. Z tyłu dobiegł ją warkot uruchamianych silników oraz szum śmigieł. Zerknęła przez ramię i zobaczyła, że helikopter wzbił się ponad ziemię, a po chwili zniknął pośród chmur.

Przystanęła. Została całkiem sama. Wspomnienia o ojcu znów napłynęły nieproszone, serce ścisnął ból, którego nie umiała zagłuszyć. Nie umiała, gdyż tlił się tam od dawna, niemal odkąd tylko sięgała pamięcią. Westchnęła, dłonie zacisnęła w pięści, wiedząc, że nie mogła się tak po prostu poddać.

– I gdzie teraz jesteś, ojcze? – szepnęła, unosząc wzrok ku niebu. – Bo na pewno nie  przy mnie.

Nabrała głębiej powietrza i ruszyła na spotkanie nieuniknionego.

Alicja Wlazło
Latest posts by Alicja Wlazło (see all)