Obiecałeś. Theo

Rozpływałem się, niesiony na fali dźwięków, a jej skłębiona grzywa pryskała w moją stronę kroplami niedorzecznych rozwiązań; takich, które usilnie próbowałem wprowadzić w życie wraz z kolejnym pociągnięciem smyczka.

Lecz melodia nie chciała mi się poddać tego dnia; skrzypce stawały dęba, niemal zrzucając mnie z grzbietu linii melodycznej, jakbym co najmniej stanowił intruza, natręta –pasożyta. A przecież tylko tak chciałem… być, trwać, oddychać i znaleźć; nareszcie odnaleźć sens, dlaczego wciąż kroczyłem dalej, mimo że buty od dawna pokrywało zastygłe błoto, a w twarz uderzały kamienie i pył pchane przez podmuchy niezrozumienia. Mrużyłem oczy, zaciskałem usta, stopy wbijałem mocniej w ziemię, usiłując ustać; zagrałem bardziej zdecydowanie, nie zamierzając ustąpić pola. Bo, robiąc to, przegrałbym z kretesem – jeszcze w przedbiegach.

Wyższe dźwięki, wyższe cele, i ja – oglądający oszałamiający spektakl chmur z parteru. A może nawet zepchnięto mnie do piwnicy? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem jednak, że musiałem dokończyć utwór. Musiałem, bo ojciec patrzył. I choć nie mogłem go dostrzec przez oślepiające światła reflektorów, to wiedziałem, że zajmował jedno z miejsc w pierwszym rzędzie. Wraz z innymi rodzicami finalistów. Obiecał, że przyjdzie, a on zawsze dotrzymywał słowa. Ja również mu coś obiecałem – że dam z siebie wszystko.

Wysunąłem ramię do przodu, zrobiłem krok, by poprawić oparcie. Skrzypce zamarły na moment, który zdawał się wiecznością; na dwa uderzenia serca; na jeden oddech, który pozwalał, by podnieść się z klęczek.

Przystawiłem smyczek do strun i poprosiłem instrument o kolejne dźwięki. Ciche, nieśmiałe, płaczliwe, na granicy zrozumienia i przesady, a następnie bez ostrzeżenia, przyśpieszałem; gnałem coraz bardziej, włosy opadały na twarz, a widownia stała się moją masą twórczą. Wicher, który jeszcze chwilę temu chciał ściągnąć mnie ze sceny, ugiął się pod moją nieustępliwością i teraz sunął coraz prędzej, wykonując polecenia; a ja kazałem mu tańczyć do wygrywanej przeze mnie muzyki.

Pognał między publiczność i obdzierał ich z obłudy, kłamstwa, trwogi; zabierał smutki, przeganiał łzy, podsłuchiwał uderzeń złamanych serc, nieporadnie starających się pracować jak dawniej; a potem wracał ku mnie, pachnąc słodko niczym róże, choć jednocześnie smakując gorzko niczym kawa.

A ja wznosiłem przyniesione przez niego prośby ku niebu. Ku Niemu. A chłodna bryza orzeźwiających dźwięków opadła na salę niczym poranna mżawka.

Oderwałem smyczek, oddychałem ciężko, głowę odchyliłem i patrzyłem prosto w sufit; a wokół panowała cisza.

Burza oklasków przepędziła ją jednak prędko niczym spłoszone zwierzę, zwracając mi świadomość rzeczywistości. Ukłoniłem się, jednocześnie rozglądając po sali. Uśmiechnąłem się na widok matki. Kolejny ukłon, spojrzenie przesunęło się na krzesło obok. Zamarłem na widok pustego fotela.

A serce zagrało na modłę tych wszystkich złamanych.

Alicja Wlazło
Latest posts by Alicja Wlazło (see all)