- Brak komentarzy

Pisanie powieści jest jak tworzenie nowej potrawy od podstaw. Jeśli jesteśmy doświadczonymi kucharzami i wiele lat w kuchni za nami, a co za tym idzie, wiele przygotowanych potraw, to można powiedzieć, że jesteśmy w stanie lepiej bądź gorzej stworzyć nowe kulinarne dzieło. Jednak jeżeli nigdy nie przyrządzaliśmy skomplikowanych dań, a zamierzamy upiec kaczkę, to musimy być gotowi… na sromotną porażkę. A przynajmniej na rozstrój żołądka.

Dlaczego odnoszę się do przyrządzania posiłków? Po prostu – pisanie ma bardzo wiele z nimi wspólnego (i chyba jestem trochę głodna, ale cóż… do obiadu jeszcze trochę. 😉 ). Wielu osobom wydaje się, że, w obu dziedzinach, czynności powinny przychodzić naturalnie. Owszem, raczej każdy potrafi zrobić jajecznicę, czy, idąc tym tropem, napisać krótki list. Jednak gotowanie na poważnie to już nie przelewki.

Tak samo jak stworzenie wartościowej książki nie jest niczym prostym.

I właśnie w tym jednym zdaniu znajdziecie odpowiedź na pytanie, dlaczego zdecydowałam się przepisać całą książkę na nowo. „Mrok” miał co prawda solidne podstawy, jeżeli chodzi o fabułę. Już wtedy (nie chwaląc się, rzecz jasna) tworzyłam wciągające historie. Jednak warsztat pisarski kulał straszliwie. A przecież powinno być tak prostu. Przecież umiałam składać zdania, potrafiłam budować akapity, dawałam radę (no, teraz tak bym tego nie nazwała, ale niech będzie) tworzyć realistyczne opisy – lecz myślałam tak do czasu. Aż nie zetknęłam się z pierwszą konstruktywną krytyką.

Jeżeli ktoś z was śledzi mnie na fb, czy też gdzieś tam w szeroko pojętych mediach społecznościowych, zapewne wie, jak wielką wagę przykładam do konstruktywnej krytyki. A jest tak właśnie dlatego, ponieważ od samego początku musiałam się z nią zmierzyć. I bardzo dobrze, ponieważ teraz wymagam od siebie, by każda kolejna książka była lepsza od poprzedniej. Stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej, jednocześnie coraz mniej czasu poświęcając na sam proces pisania, choć tym samym więcej na przygotowanie do pisania kolejnego projektu oraz redakcję autorską. Ciekawie się to zmienia, ale ja przecież nie o tym miałam pisać!

Napisałam „Mrok”, dostałam pozytywną opinię odnośnie fabuły i w tym samym momencie negatywną, jeżeli chodzi o wykonanie. No to Wlazło zaczęło kombinować, a jak. Dostałam burę za pisanie w pierwszej osobie, – a musicie wiedzieć, że w pierwszej wersji „Mroku” udzieliłam głosy wyłącznie Laureen – więc przepisałam całość na trzecią osobę. Powieść zyskała na atmosferze, ale tym samym straciła na osobowości, była za mało emocjonalna. Później więc stwierdziłam, że ponownie przepiszę „Mroczka” na pierwszą osobę, jednak w pewnym momencie stwierdziłam, że to też nie to.

I wtedy wpadłam na pomysł kompozycji mieszanej, jeżeli chodzi o narrację.

Pokazałam więc perspektywę Tessy oraz Sigarra. Ale to nadal było mało. Jednak sama nie potrafiłam sobie poradzić z odnalezieniem tego, czego nadal brakowało w pierwszej księdze Zaprzysiężonych. Dopiero moja wspaniała redaktorka, Iga Wiśniewska podsunęła mi pomysł, że może oddałabym głos jeszcze kilku postaciom. I w ten sposób powstały najlepsze fragmenty książki.

Jak więc widzicie, aby powstał „Mrok” potrzeba było wielu eksperymentów oraz wielu życzliwych ludzi, bez których nie dałabym rady znaleźć się tu, gdzie jestem – na właściwej drodze. Na drodze marzeń.

Co więcej dla tych, którzy narzekają (słusznie!) na przydługi i zbyt obyczajowy początek „Mroku”. Pocieszę was – w pierwszej wersji był jeszcze dłuższy. 😉 Ale – w nowej odsłonie postanowiłam wam jeszcze nieco ulżyć w cierpieniu. Ale o tym możecie poczytać w innym wpisie, do czego serdecznie zachęcam.

Twórczego dnia,

wasza zaprzepaszczona autorka.

Alicja Wlazło

Niepoprawna optymistka, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Nie poddaje w wątpliwość istnienia smoków; upiera się nawet, że w przeszłości udało się jej jednego oswoić. Fantastyka to jej żywioł. Nawiedza ją milion pomysłów na minutę i obawia się, że nie starczy jej życia na spisanie chociażby części.
Alicja Wlazło